poniedziałek, 23 czerwca 2014

Trup i "na zdrowie"

Ludzie zawsze potrafili wykorzystywać wczesne oznaki dla weryfikacji faktu zgonu. Odsłuchiwanie serca znane było już starożytnym: "Cor primum vivens, ultimum moriens". Aby upewnić się, że zmarły już nie oddycha, stawiano także kubek wody na dolną część mostka (wyrostek mieczykowaty), bądź podkładano pod nos lustro, płomień świecy albo puch: w czasie złożenia Chrystusa do grobu, jak mówią opowieści o Męce Pańskiej, "położono mu wedle zwyczaju puchowe pióro pod nos, które zostawiono na przepisowy czas, czyli piętnaście minut". Rozmaite średniowieczne testamenty podają, że drażniono również podeszwy domniemanego trupa (stosowano także chłostanie, cięte bańki, łaskotanie); termin croque-mort (karawaniarz, dosł. "ten, kto gryzie zmarłego" - przyp. tłum.) miałby właśnie pochodzić od zwyczaju gryzienia palucha stopy zmarłego, żeby przekonać się czy zdolny jest on jeszcze do reakcji; w tej samej intencji łaskotano również wnętrze nosa; wyrażenie "Na zdrowie", kierowane do osoby kichającej, określa właśnie radość z widzenia jej przy życiu, zdolnej do takiej reakcji.*

Źródło



* "Trup: od biologii do antropologii" Thomas Louis-Vincent, tłum. Kocjan Krzysztof, Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1991, s. 15

niedziela, 22 czerwca 2014

Niedziela z Szymborską

Atlantyda

Istnieli albo nie istnieli.
Na wyspie albo nie na wyspie.
Ocean albo nie ocean
połknął ich albo nie.

Czy było komu kochać kogo?
Czy było komu walczyć z kim?
Działo się wszystko albo nic
tam albo nie tam.

Miast siedem stało.
Czy na pewno?
Stać wiecznie chciało.
Gdzie dowody?

Nie wymyślili prochu, nie
Proch wymyślili, tak.

Przypuszczalni. Wątpliwi.
Nie upamiętnieni.
Nie wyjęci z powietrza,
z ognia, z wody, z ziemi.

Nie zawarci w kamieniu
ani w kropli deszczu.
Nie mogący na serio
pozować do przestróg.

Meteor spadł.
To nie meteor.
Wulkan wybuchnął.
To nie wulkan.
Ktoś wołał coś.
Niczego nikt.

Na tej plus minus Atlantydzie.*

Czytając ten wiersz słyszałam dźwięk fortepianu i głos Grzegorza Turnaua.


Cebula

Co innego cebula.
Ona nie ma wnętrzności.
Jest sobą na wskroś cebula
do stopnia cebuliczności.
Cebulasta na zewnątrz,
cebulowa do rdzenia,
mogłaby wejrzeć w siebie
cebula bez przerażenia.

W nas obczyzna i dzikość
ledwie skórą przykryta,
inferno w nas interny,
anatomia gwałtowna,
a w cebuli cebula,
nie pokrętne jelita.
Ona wielekroć naga,
do głębi itympodobna.

Byt niesprzeczny cebula,
udany cebula twór.
W jednej po prostu druga,
w większej mniejsza zawarta,
a w następnej kolejna,
czyli trzecia i czwarta.
Dośrodkowa fuga.
Echo złożone w chór.

Cebula, to ja rozumiem:
najnadobniejszy brzuch świata.
Sam się aureolami
na własną chwałę oplata.
W nas - tłuszcze, nerwy,
żyły, śluzy i sekretności.
I jest nam odmówiony
idiotyzm doskonałości.**


Życie na poczekaniu

Życie na poczekaniu.
Przedstawienie bez próby.
Ciało bez przymiarki.
Głowa bez namysłu.

Nie znam roli, którą gram.
Wiem tylko, że jest moja, niewymienna.

O czym jest ta sztuka,
zgadywać muszę wprost na scenie.

Kiepsko przygotowana do zaszczytu życia,
narzucone mi tempo akcji znoszę z trudem.
Improwizuję, choć brzydzę się improwizacją.
Potykam się co krok o nieznajomość rzeczy.
Mój sposób życia zatrąca zaściankiem.
Moje instynkty to amatorszczyzna.
Trema, tłumacząc mnie, tym bardziej upokarza.
Okoliczności łagodzące odczuwam jako okrutne.

Nie do cofnięcia słowa i odruchy,
nie doliczone gwiazdy,
charakter jak płaszcz w biegu dopinany -
oto żałosne skutki tej nagłości.

Gdyby choć jedną środę przećwiczyć zawczasu,
albo choć jeden czwartek raz jeszcze powtórzyć!
A tu już piątek nadchodzi z nie znanym mi scenariuszem.
Czy to w porządku - pytam
(z chrypką w głosie,
bo nawet nie dano mi odchrząknąć za kulisami).

Złudna jest myśl, że to tylko pobieżny egzamin
składany w prowizorycznym pomieszczeniu. Nie.
Stoję wśród dekoracji i widzę jak są solidne.
Uderza mnie precyzja wszelkich rekwizytów.
Aparatura obrotowa działa od dłuższej już chwili.
Pozapalane zostały nawet najdalsze mgławice.
Och, nie mam wątpliwości, że to premiera.
I cokolwiek uczynię,
zamieni się na zawsze w to, co uczyniłam.***


* "Życie na poczekaniu" Wisława Szymborska, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1996,  s.27
** "Życie na poczekaniu" Wisława Szymborska, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1996, s. 37
*** "Życie na poczekaniu" Wisława Szymborska, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1996, s.39

niedziela, 15 czerwca 2014

Wiersz usłyszany w radio

* * *
Kto szuka Cię, już znalazł Ciebie;
Już Cię ma, komu Ciebie trzeba;
Kto tęskni w niebo Twe, jest w niebie;
Kto głodny go, je z Twego chleba.

Nie widzą Ciebie moje oczy,
Nie słyszą Ciebie moje uszy;
A jesteś światłem w mej pomroczy,
A jesteś śpiewem w mojej duszy!

Leopold Staff

czwartek, 5 czerwca 2014

Podsumowanie maja

Dziwny był to miesiąc. Wszystkie książki mi się podobały (to nie jest dziwne), czas był i chęci do czytania też (dalej nie to), ale takiego w trybie spacerowym, spokojnym, niespiesznym (i to właśnie było nietypowe w tym miesiącu). Stąd lista tytułów,  nawet jak na mnie, dość skromna. Po raz pierwszy nie miałam z tego powodu żadnych kompleksów i nie robiłam sobie wyrzutów. Przekonałam się, jak miło pobyć z książką i w książce, nie rozmyślając o tych z listy kolejkowej.
Większość maja spędziłam w XVII wiecznej Francji z dzielnymi muszkieterami, którzy w książkowej wersji okazali się nie tak kryształowi, jak można by sądzić na podstawie obejrzanych ekranizacji. Oj, mieli panowie swoje za uszami i do Skrzetuskiego zupełnie niepodobni! ;)
Wyzwanie "Pod hasłem" zmobilizowało mnie do sięgnięcia, po polecane mi przez koleżankę, "Śniadanie mistrzów" Kurta Vonneguta. Książka z gatunku "pokręconych", zabawna lecz jednocześnie schizofreniczna i trochę przerażająca.
Później było trochę poezji i na koniec, najlepsza książka tego miesiąca: "Rok, który wszystko zmienił".

1. "Trzej muszkieterowie" Dumas Aleksander  ocena: 4/6
2. "Śniadanie mistrzów" Vonnegut Kurt ocena: 4/6
3. "Stale w kratkę" Twardowski Jan 
4. "Rok, który wszystko zmienił" Bockoven Georgia
 

Podsumowanie zrobione. Jestem gotowa na czerwcowe lektury!

niedziela, 1 czerwca 2014

"Rok, który wszystko zmienił" Bockoven Georgia

Tytuł oryginału: The Year Everything Changed
Wydawnictwo: Prószyński Media
Rok wydania: 2013
Tłumacz: Marta Kisiel-Małecka
Ocena: 5/6

Pierwszy raz wypożyczyłam książkę ze względu na nazwisko tłumacza. Chciałam sprawdzić jakie książki autorstwa Marty Kisiel posiada biblioteka. Oprócz mojego ukochanego "Dożywocia", niestety nic. Ale przecież oprócz bycia "ałtorką", Pani Marta jest "tłumaczem z zaskoczenia", co też w wyszukiwaniu uwzględnił biblioteczny katalog online. Nazwisko Kisiel-Małecka plus zachęcająca nota wydawcy sprawiły, że czym prędzej "Rok, który wszystko zmienił" zamówiłam. I powiem, warto było!

Jest to czytadło z gatunku "ku pokrzepieniu", które trochę odczarowało lekki marazm czytelniczy męczący mnie ostatnio. Kojarzyło mi się z "Niebem Montany" Nory Roberts, ale o ile tam ważny był wątek kryminalny, to w tej książce ważniejsze są tworzące się między siostrami relacje.
Jessie Reed umiera na raka, wie, że zostało mu niewiele czasu. Przed śmiercią, chce spotkać się ze swoimi czterema córkami, które zostawił, gdy były dziećmi. O pomoc w ich odnalezieniu prosi prawniczkę Lucy. Jessie domyśla się, że Elizabeth, Ginger, Rachel i Christina go nienawidzą i mają ogromny żal, że nie zechcą się z nim zobaczyć. Pragnie im wyjaśnić, że chociaż odszedł, to nigdy o nich nie zapomniał, że nie były mu obojętne. 
Lubię historie, w których cząstkowe prawdy składają się na całość i pokazują, że nic nie jest czarno-białe.

Z jednej strony nie mogłam tej powieści odłożyć, na przykład przed snem miałam przeczytać tylko jeden rozdział i tak tych "ostatnich" rozdziałów uzbierało się zawsze sporo stron. Z drugiej nie chciałem jej zbyt szybko kończyć. Przywiązałam się do bohaterek tej książki, ich spraw i nie miałam ochoty się z nimi rozstawać.
Swoją drogą można by sądzić, że Ameryka cierpi na wysyp wyrodnych ojców milionerów. ;)

Książkę zaliczam do wyzwania:
Czytam Opasłe Tomiska

niedziela, 25 maja 2014

"Stale w kratkę" Twardowski Jan

Wydawnictwo: Oficyna Wydawnicza Aspra-Jr : Bellona
Rok wydania: 2007
Ocena: 5/6

Do poezji podchodzę z nieufnością i obawą, przypominam w tym psa, przypatrującego się czemuś, czego nie zna, ale jednocześnie jest tego ciekawy, zbliża się powoli, ogląda i obwąchuje. W ramach oswajania mojej fobii, podczas ostatniej wizyty w bibliotece wypożyczyłam tomik "Stale w kratkę", zbiór wierszy i prozy, Jana Twardowskiego. Zbiór wpasował się idealnie w mój nastrój i rozważania na temat natury ludzkiej, wiary, Boga.

Nie spotkałem naprawdę złego człowieka
Nie spotkałem złych ludzi, to spotkania mogły być złe. Owszem zdarzało się spotkać ludzi głupich, ale tu trzeba współczucia i modlitwy. Czasem rozmawiałem z kimś, kto w potocznym mniemaniu, a często i swoim własnym, uchodził za człowieka złego. Po bliższym jednak poznaniu, po zmuszeniu go do wejrzenia we własne wnętrze, po oczyszczeniu z różnych kompleksów i zakłamań zawsze docieraliśmy do głęboko ukrytych wartości i wówczas otwierała się droga do dobra. (s.15)

Ludzkim głosem
Myślę, że niejeden człowiek, gdyby usłyszał, co naprawdę sądzi o nim jego pies, zarumieniłby się ze wstydu. Może więc lepiej, że tego nie słyszy. (s.23)

Wiersz z banałem w środku
Nie bój się chodzenia po morzu
nieudanego życia
wszystkiego najlepszego
dokładnej sumy niedokładnych danych
miłości nie dla ciebie
czekania na nikogo

przytul w ten czas nieludzki
swe ucho do poduszki

bo to co nas spotyka
przychodzi spoza nas (s.50)


Sześć listków
Wuj sznur przygotował
żeby się powiesić
jak żyć - kiedy czarne wszystko

ale to nieprawda
przybiegła przylaszczka
pod nos mu podetknęła
sześć niebieskich listków (s.64) 

Źródło



środa, 14 maja 2014

Obraz HD :)

Okulary, rzecz bez której nie wyobrażam sobie życia. Noszę je od zawsze, nie pamiętam swojej twarzy bez tych dwóch szkieł. Dzisiaj odebrałam najnowszy model i zachwycam się nowym spojrzeniem. Jak wszystko stało się cudownie wyraźne!! Zaraz zabieram się za czytanie. :D