Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 marca 2016

"Babunia" - Eliza Orzeszkowa

Źródło
Źródło: Virtualo
Moja ocena: 5/6 
ebook

Mam kilka pozaczynanych książek, ale ich czytanie jakoś mi nie idzie. Ot, sięgnęłam po czytnik, sprawdzając, co ja w ogóle tam mam. Tak natrafiłam na "Babunię" Elizy Orzeszkowej. Zaczęłam czytać, a po skończonej lekturze po raz kolejny jestem zachwycona autorką, która dostarczyła mi wzruszeń.

Bohaterka tej noweli mieszka u swojego syna Zygmunta, człowieka skrytego, ostrożnego, czasami nawet dla swojej matki ostrego, która chwilami nawet się go lęka. "Bóle skrywane zasłały mu, jak kamienie, dno duszy", trudne życie i ciężka praca sprawiły, że stał się taki, tłumaczy go Babunia. Julia, synowa, jest osobą oschłą, wiecznie stroskaną, wydaje się niezadowolona z obecności teściowej, stara się ją odsunąć od swoich dzieci. Babunia podejrzewa, że jest o nie zazdrosna.
Starość sprawiła, że Babunia stała się osobą nieśmiałą, która schodzi wszystkim z drogi, nie narzuca się, nie sprawia nikomu kłopotu. Mimo tych wysiłków wciąż czuje, że zawadza, zajmuje miejsce, choćby pokój, w którym mieszka, młodzi woleli by przeznaczyć na pokój dla najstarszej wnuczki.
Nikt nie zrobił jej fizycznej krzywdy, nie powiedział złego słowa, lecz gesty, spojrzenia mogą być czasem bardziej wymowne. Jest jej okazywany szacunek, lecz nie ma w tym serca. Całą swoją miłość kieruje ku wnukom, a najbardziej kocha swojego wnuczka Tadzia, który to uczucie i przywiązanie do babci odwzajemnia. Oboje są najszczęśliwsi, gdy malec uczy się od niej wierszy i wspólnie je recytują.
Gdy Babunia czuwa w pokoju chorych wnuków, Julia każe jej odejść od ich łóżek, dziećmi ma zająć się Adela, siostra synowej. Kiedy bohaterka wraca smutna do swojego pokoju, woła ją do siebie Zygmunt. Znalazł na strychu stary, zapomniany zegar, który stał kiedyś w pokoju jej męża, domyślając się jak ważny jest dla matki, zaniósł go do jej pokoju. Dla Zygmunta to tylko stary grat, dla niej najcenniejszy skarb. Kiedy Babunia go zobaczyła, poczuła jakby spotkała kogoś bliskiego. W ciemności czeka, aż wybije pełna godzina, a zegar zacznie grać. Po chwili rozlega się dźwięk poloneza, tego samego, przy którym tańczyła ze swym mężem na weselu. Przed nią pojawia się jej Jaś, młody jak w dniu ślubu i prosi ją aby z nim poszła.

Po lekturze szybko zadzwoniłam do mojej Babuni, powiedzieć jak bardzo ją kocham.

poniedziałek, 25 stycznia 2016

"Kobieta Na Krańcu Świata": Wietnam i Boliwia - Martyny Wojciechowskiej

Od stosików uginają się półki i parapet, biblioteczne terminy zwrotu książek zbliżają się nieuchronnie, o czym przypominają przychodzące na skrzynkę e-mailową powiadomienia. Trzeba pójść i oddać książki, ale jak to zrobić, żeby nie powiększyć stosików i nie przytaszczyć kolejnej partii. Już się nie łudzę, że jestem w stanie oddać książki nie wypożyczając nowych. Jedynym rozwiązaniem okazała się lista z konkretnymi tytułami, najlepiej takimi, które nie przeszkodzą w czytaniu już czekających "cegiełek". W takich razach lubię sięgać po książki Martyny Wojciechowskiej z serii "Kobieta Na Krańcu Świata". Dzięki tym niepozornym objętościowo książkom można się przenieść w najegzotyczniejsze miejsca na ziemi. Każda część tego cyklu zawiera esencję wiedzy o opisywanym kraju, odrobinę informacji historycznych, geograficznych (np. klimat) i praktycznych (np. jak się tam dostać, kiedy najlepiej jechać, na co uważać) oraz opisuje sytuację kobiet w danym państwie.

Wydawnictwo: G+J RBA
Rok wydania: 2012
Moja ocena: 4,0/6

Tym razem Martyna Wojciechowska zabrała mnie w podróż do odległej Azji, w odwiedziny u Bien Thi Nguen mieszkającej w pływającej po zatoce Ha Long wiosce Bo Nau. Książka zaopatrzona jest w piękne fotografie, oddające egzotykę Wietnamu, przybliżające również bohaterów reportażu: Bien, mającą słabość do  markowych ubrań, jej babcię w tradycyjnym wietnamskim stroju, ale za to koniecznie w perłach.
Wietnam kojarzy mi się z biedą, ale bohaterka tej książki zaprzecza stereotypom, bo jej mieszkanie mimo pozornej toporności zaopatrzone jest w najnowsze sprzęty: wieże, telewizor i inne gadżety. Bien też nie przypomina zahukanej Wietnamki, to pełna energii bizneswomen w markowych, jak na nasze standardy trochę wyzywających ciuchach.
Książka napisana jest bardzo przystępnie i lekko. Największe wrażenie zrobił na mnie fragment o  pandze, którą hoduje się w rzece Mekong, wędruje ona do źródeł, żeby się rozmnażać, ponieważ źródła Mekongu leżą poza granicami Wietnamu, ryby się wyłapuje i zmusza do rozmnażania w klatkach podając samicom oksytocynę, hormon uzyskiwany z moczu kobiet w zaawansowanej ciąży.
I podobnie jak Martyna nie tknęłabym tamtejszego przysmaku - ugotowanego kaczego jaja, w środku którego znajduje się mały kaczy pisklaczek, z maleńkim dzióbkiem, piórkami... Blee! Nie jestem spożywczo tak otwarta jak mi się wydawało.


Wydawnictwo: G+J RBA
Rok wydania: 2011
Moja ocena: 4,0/6

W kolejną podróż Martyna zabrała mnie do Boliwii. Nie miałam pojęcia, że to najbiedniejszy, najsłabiej rozwinięty i najbardziej odizolowany kraj Ameryki Południowej. Sytuacja i pozycja kobiet jest naprawdę nie do pozazdroszczenia. Czego można się podziewać skoro kobiety po hiszpańsku nazywa się "Sexo débil".
Boliwię poznajemy przez pryzmat losów 33 letniej Giovanny Silvii Huanapaco Vielelas Viela, zapaśniczki posługującej się pseudonimem Carmen Rojas. Kobiety po przejściach, bitej i zdradzanej przez męża, który zostawił ją z dwójką dzieci bez środków do życia. Carmen zawsze marzyła o tym by zostać zapaśniczką, znalazła w sobie dość siły i determinacji, by po latach poniżania przez męża wyjść na prostą i spełnić to marzenie oraz udowodnić sobie, dzieciom i byłemu mężowy, że jest coś warta. Walki niestety nie dają bohaterce wystarczających dochodów by godnie żyć, ale za to dzięki zapasom zyskuje poczucie wolności. To poruszająca historia o walce o własne marzenia i godność, o to by nie dać sobie wmówić różnych rzeczy i nie tkwić w roli ofiary.
Wrażenie zrobił na mnie "targ czarownic", możemy tam kupić suszone żaby, wypchanego pancernika, figurki, świece, kadzidła i amulety, zasuszone zwłoki nietoperza - na problemy z płucami, lisią łapkę - żeby dzieci nie chorowały, kawałek meteorytu - przeciw melancholii lub suszoną ptasią kupę odpędzającą wszelkie choroby i wiele innych mniej lub bardziej makabrycznych eksponatów.

targ czarownic
Źródło

piątek, 15 sierpnia 2014

Gdzie ten bursztyn?

Tytuł: "Polki na bursztynowym szlaku"
Autor: Richardson Monika, Popiel Lidia
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2012
Lektor: Richardson Monika
Ocena: 3/6

"Polki na bursztynowym szlaku" wepchnęły się do kolejki przez przypadek i zupełnie nieplanowanie. Szukałam czegoś, co da odpocząć moim oczom, przez irytujące reklamy radio całkiem odeszło mi od serca, dlatego zdecydowałam się na książkę mówioną. Jakiś czas temu dostałam od koleżanki audiobooka, który odleżał już swoje i nadeszła odpowiednia chwila, żeby poznać jego treść.

Książka ta, to zapis podróży szlakiem bursztynowym, dwóch Ambasadorek Bursztynu: Moniki Richardson i Lidii Popiel. W drodze z Rzymu do Gdańska, wędrują przez Słowenię, Węgry i Słowację zwiedzając muzea oraz warsztaty zajmujące się obróbką bursztynu.

Nie mogłam się skupić na treści, miałam wrażenie, że ktoś opisuje mi obraz oczywisty dla niego, ale nieczytelny dla mnie, że tekst jest tylko uzupełnieniem. Ponieważ siła współczesnych książek podróżniczych tkwi w fotografiach, postanowiłam wypożyczyć wydanie papierowe tej książki. Niestety niewiele to pomogło. Zdjęcia rozczarowały mnie najbardziej, patrząc na nie, nigdy nie zgadłabym, że były zrobione przez profesjonalistkę.
Całość zrobiła na mnie wrażenie szkolnej pracy zaliczeniowej. Widać staranie się, ale i wysiłek, brakuje prawdziwej pasji do opisywanego tematu. Zapiski z tej podróży częściej dotyczyły jedzenia, hotelu, spotkanych ludzi niż głównego tematu jakim był bursztyn. Ogólne przemyślenia Pani Moniki, wspomnienia rodzinne i właśnie te fragmenty "nie na temat" zapadły mi w pamięć i wydawały się autentyczne; te dotyczące bursztynu - jakby pisane z obowiązku - suche i bez wyrazu, są bo muszą być.

Książka bierze udział w wyzwaniu
"Pod Hasłem": (państwa-miasta) (Homo sapiens), (z po w i na o) 


środa, 30 lipca 2014

Komedia romantyczna, Dziki Zachód i Sienkiewicz

Tytuł: "Komedia z pomyłek"
Autor: Sienkiewicz Henryk
Ocena: 5/6
E-book

Już nie pamiętam przy szukaniu czego, przypadkiem, we wszystko mającym internecie natknęłam się na "Komedię z pomyłek" ze zbioru "Nowele amerykańskie".

Pozytywizm był moją ulubioną epoką literacką w czasie "przerabiania" lektur na języku polskim. O twórczości Sienkiewicza nie mogę tego samego powiedzieć. Dopiero teraz, po latach, przekonuję się do tego pisarza. 
Gdy zaczynam czytać pozytywistycznego autora prawie na 100% spodziewam się "sad endu", pytanie tylko jak tragiczne i dołujące ono będzie. Nowele z tamtej epoki były przeraźliwie przygnębiające, te wszystkie umierające i chorowite dzieci. Dlatego jestem zaskoczona, kiedy natrafiam na coś bardziej optymistycznego. Największe i pierwsze takie zaskoczenie przeżyłam w związku z "Nawróconym" Bolesława Prusa. Dzięki tej noweli odkryłam, że Ci ludzie mieli także poczucie humoru! Do takich lżejszych utworów należy "Komedia z pomyłek" Sienkiewicza.

Struck Oil City to małe, dzięki źródłom nafty, dobrze prosperujące miasteczko, i spokojne, ale tylko do czasu. Spokoju miasteczka nie zniszczyli Indianie czy groźni rewolwerowcy. Kłopoty nastały z chwilą otwarcie drugiej "grocerni" (sklepu). Właścicielem jednej był Hans Kasche, drugiej zaś jego rodaczka - panna Neuman. Między tą dwójką rozgorzała zażarta wojna, gdzie wszystkie chwyty są dozwolone i która podzieliła senne dotąd Struck Oil City.

Gdybym szukała odskoczni i czegoś na poprawę nastroju, na pewno nie robiłabym tego wśród pozytywistycznych nowel. Bardzo mi się ten utwór spodobał i cieszę się, że na niego trafiłam. Polecam także ekranizację, pod tym samym tytułem, z Igą Cembrzyńską w roli Lory Neuman i Zdzisławem Maklakiewiczem jako Hans Kasche.

sobota, 26 lipca 2014

Trup i ortografia ("Dyktanda" Lem Stanisław)

Tytuł: "Dyktanda"
Autor: Lem Stanisław
Wydawnictwo: www.cyfrant.pl
Rok wydania: 2014
Ocena: 5/6
E-book

Szukajcie, a znajdziecie. Na liście "Chcę przeczytać", w poszukiwanych, miałam tę książkę od dawien dawna. W bibliotece nie do zdobycia, a na aukcjach internetowych, w cenach poza moim zasięgiem. Na ratunek i pomoc przyszła mi technika. "Dyktanda" pojawiły się w wersji elektronicznej. Jestem posiadaczką czytnika, mimo to nadal preferuję książki w tradycyjnym, papierowym wydaniu i na e-książki jest mi się trudno przestawić. Lecz kiedy zobaczyłam ten tytuł i to w cenie 2,50 złotego, nawet się nie zastanawiałam, natychmiast zamówiłam. Przy okazji korzystania z "ustrojstwa"  nauczyłam się zmieniać w czytniku marginesy i od razu czytanie stało się przyjemniejsze dla oka.

Jest to zbiór zabawnych, dowcipnych, abstrakcyjnych i surrealnych tekstów, napisanych przez Wuja - Stanisława Lema dla nastoletniego siostrzeńca żony pisarza - Michała, mające mu pomóc w nauce ortografii. Sądzę, że nastoletniemu adresatowi mogły się podobać. Ja, podczas czytania bawiłam się świetnie, chociaż niektóre dyktanda są dość drastyczne. Dominuje tu czarny humor. Czego w tych dyktandach nie ma!: mężobójstwo, żonobójstwo, kanibalizm itd. Wrażliwcom nie polecam. A o kontrowersjach jakie "Dyktanda" wywołały można poczytać TUTAJ.

Gdybym chciała pokazać te dyktanda, które mi się podobały, musiałabym przepisać całą książkę. Poniżej dwa cytaty, to moje "naj":


Trup w kałuży
W kałuży krwi leżał trup świeży, lecz sztywny, z wyrazem zasmucenia na twarzy, której niewiele mu zresztą zostało. Kula niezwykłego kalibru uczyniła poważne spustoszenia w jego zębach trzonowych, małżowinie oraz w móżdżku, który wyciekał teraz miarowymi kroplami na łopuchy i zeszłoroczny numer "Przyjaciółki". s9

Wątróbka
Wątróbka z cebulką krótko smażona, byle nie gorzka od żółci, jest zakąską doskonałą. Aby ją przyrządzić, należy kupić samochód i pędzić nim póty, aż się kogoś przejedzie. Wątróbkę, nieboszczykowi niepotrzebną, z wnętrzności wyjmujemy i wkładamy do lodówki. Trupa wyrzucamy lub stawiamy w zbożu jako stracha na wróble. Z wątróbki osób starszych tylko pasztet się udaje, ponieważ jest łykowata. Najlepsze są wątróbki młodych chłopców jeżdżących zwykle na rowerze. Najwygodniej dopaść takiego, który nie ma hamulców ani bieżnika. Wątróbki tak zdobytej nie rzuca się na wrzący tłuszcz, lecz spłukuje kwaskiem, a mając na podorędziu bułkę, z móżdżka wyrabia się farsz. Dobry jest też chłopiec na zimno w galarecie (z chrzanem). Trzeba go tylko dobrze oskrobać, aby nie zgrzytał w zębach. Są kucharze zalecający nerkówkę, lecz bywa ciężkostrawna. Małe dzieci wolno spożywać tylko w dni postu. s.21


niedziela, 25 maja 2014

"Stale w kratkę" Twardowski Jan

Wydawnictwo: Oficyna Wydawnicza Aspra-Jr : Bellona
Rok wydania: 2007
Ocena: 5/6

Do poezji podchodzę z nieufnością i obawą, przypominam w tym psa, przypatrującego się czemuś, czego nie zna, ale jednocześnie jest tego ciekawy, zbliża się powoli, ogląda i obwąchuje. W ramach oswajania mojej fobii, podczas ostatniej wizyty w bibliotece wypożyczyłam tomik "Stale w kratkę", zbiór wierszy i prozy, Jana Twardowskiego. Zbiór wpasował się idealnie w mój nastrój i rozważania na temat natury ludzkiej, wiary, Boga.

Nie spotkałem naprawdę złego człowieka
Nie spotkałem złych ludzi, to spotkania mogły być złe. Owszem zdarzało się spotkać ludzi głupich, ale tu trzeba współczucia i modlitwy. Czasem rozmawiałem z kimś, kto w potocznym mniemaniu, a często i swoim własnym, uchodził za człowieka złego. Po bliższym jednak poznaniu, po zmuszeniu go do wejrzenia we własne wnętrze, po oczyszczeniu z różnych kompleksów i zakłamań zawsze docieraliśmy do głęboko ukrytych wartości i wówczas otwierała się droga do dobra. (s.15)

Ludzkim głosem
Myślę, że niejeden człowiek, gdyby usłyszał, co naprawdę sądzi o nim jego pies, zarumieniłby się ze wstydu. Może więc lepiej, że tego nie słyszy. (s.23)

Wiersz z banałem w środku
Nie bój się chodzenia po morzu
nieudanego życia
wszystkiego najlepszego
dokładnej sumy niedokładnych danych
miłości nie dla ciebie
czekania na nikogo

przytul w ten czas nieludzki
swe ucho do poduszki

bo to co nas spotyka
przychodzi spoza nas (s.50)


Sześć listków
Wuj sznur przygotował
żeby się powiesić
jak żyć - kiedy czarne wszystko

ale to nieprawda
przybiegła przylaszczka
pod nos mu podetknęła
sześć niebieskich listków (s.64) 

Źródło



środa, 1 stycznia 2014

Podsumowanie grudnia

W grudniu dominowały książki świąteczne. Chyba tylko w komediach Wilde'a nie pojawiły się Święta i motyw Bożego Narodzenia.
1. „Jak zostać królem” Conradi Peter, Logue Mark ocena: 3/6 (audiobook - czyta Krzysztof Wakuliński)/ KwP
Spodziewałam się książkowej wersji filmu. A dostałam... nazwałabym to jego uzupełnieniem. Nie twierdzę, że jest to zła książka, ale potwornie mnie wynudziła. Film miał w sobie lekkość i dowcip. A ta książka - używając kulinarnych porównań - przypomina pożywny obiad, który może i jest zdrowy, ale mimo, że się je, je i je to z talerza nic nie znika. Bez audiobooka nie dałabym rady przebrnąć.
2. "Pora przypływu"Christie Agatha 
3. Z "Czterech komedii" Oskara Wilde
- „Mąż idealny” Wilde Oscar ocena: 4,5/6
- „Brat marnotrawny” Wilde Oscar ocena: 4/6 
4. "Strajk na Boże Narodzenie" Roberts Sheila   
5. "Stokrotki w śniegu" Evans Richard Paul
6. „Opowieści świętej pamięci Iwana Pietrowicza Biełkina” Puszkin Aleksander ocena: 5/6
Miłe zaskoczenie. Autor epoki romantyzmu z dystansem i poczuciem humoru - bezcenne.
7. „Dyskoteka przy Magnoliowej” Owens Sharon ocena: 4/6
Druga powieść tej autorki, którą czytałam. Podobała mi się mniej niż "Herbaciarnia pod Morwami", ale i tak to spotkanie uważam za udane. Pasuje do niej określenie komedia obyczajowa. Przeplatają się w niej losy kilkorga mieszkańców Belfastu. Ciepła, sympatyczna powieść.
8. "Podarunek" Ahern Cecelia
9. „Marta” Orzeszkowa Eliza ocena: 5,5/6 [WŁASNA PÓŁKA] 
Powtórka. Mocne zakończenie roku. Czytanie jej aż bolało.

poniedziałek, 11 listopada 2013

Ostatni Wiking Bałtyku


Tytuł: "Cecylia i Eryk" Kowalski Marian 
Wydawnictwo: Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza
Rok wydania: 1990
Ocena: 4,5/6

Przykurzątko kupione za złotówkę z bibliotecznej półki. Lubię czasem sięgnąć po takie książki: żadnych opisów, ocen, informacji. Czytanie ich jest jak podróż w nieznane.
Powieść ta ma w sobie coś ze słuchowiska radiowego lub sztuki teatralnej. Niepozorna, oszczędna, lecz jednocześnie naładowana emocjami. Akcja toczy się dość wolno, ale atmosfera jest gęsta od tego, co niewypowiedziane, między wierszami.
Zaczyna się od wielkiej polityki. Przeciw Erykowi, władcy Norwegii, Danii i Szwecji, wybucha bunt. Rozgoryczony król chroni się na Gotlandii, zabiera ze sobą swoją kochankę Cecylię. Od tego momentu obserwujemy relacje między dwójką bohaterów, wydarzenia wielkiego świata toczą się gdzieś obok, zostali tylko oni. 
Książkę idealnie ilustruje okładka. Gra polityczna, gra w związku, maski, pozory, niepewność. O losach ludzi, jak w grze, decyduje przypadek.


Ciekawe strony:

piątek, 8 listopada 2013

"W oparach absurdu" Słonimski Antoni, Tuwim Julian

Wydawnictwo: Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe
Rok wydania: 1975
Ocena: 4/6

Rok 2013 zbliża się ku końcowi, a ja nie przeczytałam nic związanego z Powstaniem Styczniowym, ani z Tuwimem - "Lokomotywa" się nie liczy! Najpierw chciałam "rozprawić" się z Tuwimem, próbowałam przeczytać "Kwiaty polskie", ale to jeszcze nie czas, nie dałam rady. Poezję muszę jeszcze oswoić. 
W ramach przełamania listopadowego nastroju postanowiłam wypożyczyć  "W oparach absurdu" Słonimskiego i Tuwima - zbiór tekstów pisanych w latach 1920-1936, wydawanych jako dodatki primaaprilisowe m.in. do "Kuriera Porannego".
Ciężko wybrać te najlepsze teksty, większość książki miałam ochotę zapisać i podkreślić "wężykiem". Dziś te absurdy są tak samo aktualne jak prawie sto lat temu.

JAK UGASIĆ PRAGNIENIE ?
Zbliża się lato, a wraz z nim nieznośne upały. Nasze gosposie ucieszą się na pewno z podanego poniżej sposobu ugaszenia pragnienia. Nalewamy do zwyczajnej szklanki trochę wody (mniej więcej 3/4) i wprowadzamy do jamy ustnej. Potem krótkimi łykami wprowadzamy wodę do przewodu pokarmowego, a następnie dalej. Przed użyciem wstrząsnąć. s.27

CO PODAĆ DO STOŁU, GDY PRZYJDĄ GOŚCIE, A W DOMU NIC NIE MA
Świeżo upieczoną indyczkę pokrajać w plasterki, wyłożyć na półmisek, ubrać kaparami i sałatą z pomidorów. Funt łososia, trzy pudełka sardynek, szczupaka na zimno, pasztet ze zwierzyny i kilka śledzi marynowanych, zimne mięsa — rozłożyć na półmiskach i rozstawić na stole. Kilka butelek wódki i wina, trochę owoców, czarna kawa i likiery — i ta zaimprowizowana naprędce kolacyjka zadowoli najwybredniejsze gusta. s. 28

POCIESZAJĄCA STATYSTYKA
Z polecenia pana prezydenta ministrów władze centralne wygotowały spis urzędników, którzy we wtorek po świętach zjawili się w biurze. Wyniki spisu są niezwykle pocieszające: procent urzędników, którzy nie przedłużyli sobie sami świąt ani o dzień, w niektórych ministerstwach dochodzi do 65%.
Mówią z tego powodu o utworzeniu specjalnego odznaczenia dla tej kategorii funkcjonariuszów publicznych. s. 32

Drobne ogłoszenia
PRZEPOWIADAM każdemu smutne, ale prawdziwe, specjalność zgony. Chiromanta „Gucio”, Nowogrodzka 2. s. 39

OSTATNI WYRAZ TECHNIKI!
Samochody: Citron — Limon — Dijon — Domidon bez szofera! bez motoru! Bez benzyny! bez pneumatyki! Samochody nasze za dotknięciem guzika unoszą się lekko w górę i, trwając nieruchomo w przestrzeni, czekają, aż ziemia w swoim obrocie codziennym około osi podsunie odpowiedni punkt geograficzny pod koła wehikułu!Samostój Citron–Limon! Samostój Lacrimae–Bonidon. s. 81


GAZETY DLA KRÓTKOWIDZÓW
W Ameryce wychodzą specjalne pisma dla krótkowidzów, drukowane nie na papierze, ale na cienkiej błonie gumowej, z której my robimy nasze baloniki kolorowe. Osoby krótkowzroczne otrzymują zamiast gazety nadrukowaną kiszkę gumową, którą sobie następnie do dowolnych rozmiarów rozdmuchują. Pisma polityczne wychodzą przeważnie w formie baloników kulistych, czasopisma literackie mają najczęściej kształt kiełbasy krakowskiej albo dużej sosiski. Dzięki temu wynalazkowi czytelnik nie ślepiąc poznaje najważniejsze kwestie i ma jednocześnie satysfakcję, że je sobie sam, bez obcej pomocy, rozdyma. s. 104



POLSKA ZAGRANICĄ
W dziele O rozmnażaniu się roślin botanika angielskiego MacDonalda Elliensmitha znajdujemy na str. 1939 wyrażenie „pollen”. Oczywiście, jest tu mowa o Polakach. Możliwe jest również, że słowo to oznacza „pyłek” kwiatowy, jak to twierdzą niektóre słowniki, ale możliwe, że chodzi tu o Polaków.
Znane pismo żydowsko–angielskie Times (odwrotnie czyta się Semit) bardzo często wspomina o polskich butach z cholewami („Polish shoe”). Wiadomo. Chlewy i cholewy, że niby cała Polska chodzi tylko w długich butach. Wyraźna robota hitlerowsko–żydowskich masonów i bolszewików.
Poważny tygodnik amerykański The New–Yorker
w zeszycie kwietniowym br. pomieszcza artykuł pt. „konie w zaprzęgu”, w których parę razy powtarza się słowo „pole”. Słowo to oznacza „dyszel”, ale możliwe również, że chodzi tam o Polaków. s.165


 Profesor Bralczyk o książce:

środa, 23 października 2013

Fobia

Nie przypominam sobie tytułu, ale doskonale pamiętam, jakie myśli towarzyszyły mi podczas omawiania i analizy ostatniego wiersza na języku polskim w liceum. Do dzisiaj analiza wiersza kojarzy mi się, przepraszam za porównanie, z sekcją zwłok.
A wtedy obiecywałam sobie, że:
  • Nigdy więcej nie sięgnę po żaden wiersz;
  • Nigdy więcej nie będę tego czytać;
  • Nie będę musiała zastanawiać się "Co autor chciał przez to powiedzieć?" itp.
Słowa udało mi się dotrzymać dość długo. Dobrowolnie po poezję sięgnęłam ponad rok temu. Koleżanka poleciła mi wiersze Emily Dickinson, które według niej odzwierciedlały mój stan ducha i mogły mi pomóc w poradzeniu sobie z ówczesnymi rozterkami. Sięgnęłam, przeczytałam, przeżyłam i nawet poczułam. Aż trudno było mi uwierzyć, że ktoś inny mógł czuć tak jak ja, przeżywać podobne emocje. To naprawdę było niezwykłe uczucie!

Później moje drogi z poezją się nie skrzyżowały, aż do teraz. W bibliotece pojawiła się półka z poezją, akurat przy audiobookach, które często wypożyczam. Lubię czasami zejść ze swoich utartych ścieżek czytelniczych i wypożyczyć coś, co pozornie jest sprzeczne z moim gustem, ale tutaj wahałam się dość długo. Sięgnęłam po "Dwukropek" Wisławy Szymborskiej. Odwagi dodał mi obraz samej poetki, sympatycznej pani z ogromnym poczuciem humoru i dystansu do samej siebie.
Ale i tak echo lęków szkolnych powróciło, odezwały się moje kompleksy:
  • poezja nie jest dla mnie;
  • pojawił się lęk, że nie zrozumiem właściwie;
  • nie odgadnę ukrytych znaczeń;
  • miałam uczucie jakby ktoś zaraz miał mnie przepytywać i sprawdzać, a nie znam jedynie słusznej interpretacji - zaczęłam nawet szukać jej w internecie, co tylko spotęgowało lęk;
  • pojawił się niepokój a wraz z nim ból głowy.
Zaskakujące z jaką siłą to do mnie wróciło po tylu latach.

Na szczęście przypomniały mi się wszystkie programy o Szymborskiej i z Szymborską, jej limeryki, wyklejanki, głos poetki czytającej własne wiersze. Pomogło mi to przełamać wewnętrzny opór. 


Tytuł: „Dwukropek”
Autor: Wisława Szymborska 
Wydawnictwo: Wydawnictwo a5
Rok wydania: 2005
Ocena: 5/6






Ten tomik wpasowuje się w czas  listopada, refleksji i przemyśleń nad przemijaniem.

Nieuwaga

Źle sprawowałam się wczoraj w kosmosie.
Przeżyłam całą dobę nie pytając o nic,
nie dziwiąc się niczemu.

Wykonywałam czynności codzienne,
jakby to było wszystko, co powinnam.

Wdech, wydech, krok za krokiem, obowiązki,
ale bez myśli sięgającej dalej
niż wyjście z domu i powrót do domu.

Świat mógł być odbierany jako świat szalony,
a ja brałam go tylko za zwykły użytek.

Żadnych - jak - i dlaczego -
i skąd się taki tu wziął -
i na co mu aż tyle ruchliwych szczegółów.

Byłam jak gwóźdź zbyt płytko wbity w ścianę
albo
(tu porównanie, którego mi brakło).

Jedna za drugą zachodziły zmiany
nawet w ograniczonym polu okamgnienia.

Przy stole młodszym, ręką o dzień młodszą
był chleb wczorajszy inaczej krajany.

Chmury jak nigdy i deszcz był jak nigdy,
bo padał przecież innymi kroplami.

Ziemia się obróciła wokół swojej osi,
ale już w opuszczonej na zawsze przestrzeni.

Trwało to dobre 24 godziny.
1440 minut okazji.
86 400 sekund do wglądu.

Kosmiczny savoir-vivre
choć milczy na nasz temat,
to jednak czegoś od nas się domaga:
trochę uwagi, kilku zdań z Pascala
i zdumionego udziału w tej grze
o regułach nieznanych.


Wisława Szymborska, "Dwukropek", wyd. a5, Kraków 2005 s.33

Zastanawiam się czy nie czas "powalczyć" z niechęcią do poezji, oswoić, poznać.  Dzięki poezji przyjrzeć się własnym emocjom, zatrzymać się i zastanowić. Może takie podejście , choć niepełne, nie musi oznaczać, że jest złe?